Tag: Peru

¡Nuestro viaje: seis meses y medio en America del Sur!

MAP AMSUD 2

ESPAÑA

26.10.2015

0. Madrid

PERU

27.10.2015>12.01.2016

1. Lima

2. Huaraz – Cordillera Blanca (+ Lagunas Wilcacocha, Churup, 69 y Trek de Santa Cruz)

3. La Union

4. Huánuco

5. Oxapampa

6. Huancayo

7. Ayacucho

8. Abancay (+ Trek de Choquequirao, trek de Salkantay y Machu Picchu)

9. Cusco

10. Arequipa

11. Cabanaconde (+ trek de Colca cañon)

BOLIVIA

12.01>12.02.2016

12. Copacabana + Lago Titicaca + Isla del Sol

13. La Paz

14. Cochabamba

15. Villa Tunari

16. Aiquile

17. Sucre

18. Potosi + Cerro Rico

19. Uyuni

20. Salar de Uyuni

21. Sur Lípez & Reserva Natural de Fauna Andina EduardoAvaroa – “Flamenco”

CHILE

12.02>30.03.2016

22. San Pedro de Atacama

23. Antofagasta

24. Bahia Inglesia

25. La Serena

26. Valparaiso + Viña del Mar

27. Casablanca

28. Los Andes + Parque Andino Juncal

ARGENTINA

30.03>27.04.2016

29. Mendoza y Cerro Aconcagua

30. La Rioja

31. Salta

32. San Salvador de Jujuy

33. Quebrada de Humahuaca (Maimará, Purmamarca, Salinas Grandes, Tilcara, Humahuaca)

PARAGUAY

27.04>05.05.2016

34. Asunción

35. Ciudad del Este (+ Foz do Iguaçu, Brasil, + Cataratas del Iguazú, Argentina)

BRASIL

06>11.05.2016

36.São Paulo

MAROC

12>13.05.2016

37. Casablanca

 

Boliwia: Lago Titicaca, Copacabana, Isla Del Sol

12.01.2016

Droga do Puno i Copacabany (Boliwia)

Z Arequipy autobus zawiózł nas do Puno, miasto Peruwiańskie położone nad jeziorem Titicaca niedaleko granicy z Boliwią, w Puno podczas krótkiej przerwy wydaliśmy nasze ostatnie soles i z ciężkim sercem wsiedliśmy do naszego ostatniego minibusu peruwiańskiego, którym dojechaliśmy do granicy. Granicę Peruwiańsko/ Boliwijską trzeba przejść pieszo, najpierw Peruwiańczycy szybko podbijają pieczątkę, mały spacerek na drugą stronę do Boliwijskiego biura migracyjnego i już jesteśmy w jednym z najbiedniejszych krajów Ameryki Południowej, a nawet całego świata. Mimo, to wszyscy podróżnicy jakich do teraz spotkaliśmy na swojej drodze wychwalają Boliwię i jej mieszkańców. W drodze do Copacabany spotkaliśmy podróżująca samotnie gadatliwą Kolumbijkę, która szybko zapoznała również samotnie podróżującego Kanadyjczyka, i tak w czwórkę postanowiliśmy spędzić kolejne dwa dni. Sofia zamieszkała z nami w pokoju hostelowym, a Colin we wcześniej zarezerwowanym hotelu. Tak jak się spodziewaliśmy internet i ciepła woda w prysznicu w Boliwii to naprawdę trudne zadanie.

13.01.2016

Copacabana

Copacabana jest miasteczkiem bardzo turystycznym, posiada duży port i mały mirador turystyczny znajdujący się na pobliskim wzniesieniu. Na szczycie wzniesienia z miradorem zobaczyć można małe parcele wyznaczone okrągłymi kamieniami, każdy prostokąt można wykupić na określony czas, po czym parcela wypełnia się matrycą domu (plastikowy domek dla lalek), samochodu (resorek), kwiatami, sztucznymi pieniędzmi i czego tylko ktoś sobie zamarzy, mieszkańcy zdobią parcele i wraz z wylewaniem piwa i głośnymi hukami petard czekają na spełnienie marzeń, wszystko co znajduje się w miniaturze na parceli stanie się rzeczywistością. Spacerując po jednej z głównych ulic miasteczka spotkaliśmy Polskich znajomych pracujących w Cusco, świat naprawdę jest mały.

15/16.01.2016

Isla del Sol

Po trzech nocach spędzonych nad brzegiem jeziora wybraliśmy się pierwszą łodzią na „Isla del Sol” (wyspa słońca). Pierwszego dnia przeszliśmy ją z południa na północ, co ciekawe w czasie całego spaceru prawie nie spotkaliśmy innych turystów. Mieszkańcy Isla del Sol w większości to ludność autochtoniczna Aymar i Quechua, tymi też językami się posługują (i Castellano rzecz jasna). Życie na wyspie jest bardzo spokoje, zamieszkują ją dwie społeczności Ch’alla i Yamani, a przechodząc ją z południa na północ należy trzy razy płacić bilet wstępu. Ludność południa, centrum i północy wyspy nie mogła dogadać się jak podzielić wpływy z biletów więc każdy zarządza się sam, może nie aż tak spokojne:). Na jednej z należącej do północnych plaż można rozbić namiot, cała strefa skolonizowana została przez hałaśliwych, młodych Argentyńczyków, na szczęście niewiele dalej znaleźć można mały prywatny kemping znajdujący się na ogrodzie jednego z lokalnych kontrolerów biletów. Jego rodzina mieszka w małej lepiance bez bieżącej wody i toalety, obowiązuje zasada: w dzień trzeba iść dalej, a w nocy wystarczy kilka metrów od domu, kuchnia urządzona jest po części w ogrodzie, a po części w bardzo małej lepiance (trzeba być zgiętym w pół by móc w niej gotować). Tak sympatyczna rodzinka i okazjonalnie kilku turystów współżyje w tej małej przestrzeni.

18.01.2016

Droga z Copacabany do La Paz

Po powrocie z Isla del Sol kolejny kierunek to La Paz (znaczy „pokój”), stolica Boliwii, by do niej dojechać należy przekroczyć, jak go wszyscy nazywają, „puente” (most) ze względu na nazwę nie spodziewaliśmy się przeprawy na barce. Samochody i autobusy wjeżdżają na nie duże barki, a pasażerowie po zakupie biletu przepływają na małych łodziach wąskie gardło jeziora Titicaca, po czym kontynuują trasę do stolicy.

Kanion Colca

04.01.2016 Cabanaconde

Cabanaconde to mała wioska położona na wysokości 3 280 m.n.p.m w Kanionie Colca. Dojechaliśmy do niej po 6 godzinach krętej drogi z widokami na wulkany Arequipy, przepiękne płaskowyże i wzdłuż ponad połowy długości jednego z największych kanionów świata (czasem nazywany największym). Kanion ciągnie się przez 120 km, a jego ściany wznoszą się na wysokość 4200 m. Zagłębiając się w kanionie nasz autobus coraz bardziej zapełniał się tubylcami wracającymi do wioski po ciężkim dniu pracy w polu. Wszystkie kobiety ubrane są w tradycyjne stroje regionalne, kolorowo haftowane koszule, spódnice, marynarki i wspaniałe białe kapelusze. Każdy region Peru który odwiedziliśmy charakteryzował się zdobionymi damskimi kapeluszami. Kapelusze regionu Arequipy są wspaniałe, cienką nitką wyhaftowane są na nich ptaki, kwiaty i elementy roślinne. Po dojechaniu do głównego placu Cabanaconde kolorowo ubrane kobiety rozeszły się we wszystkich kierunkach, a nam pozostało znalezienie hostelu. Cabanaconde położona jest na brzegu płaskiej doliny z widokiem na płynąca 1200 m niżej rzekę Colca, oraz małą wioskę Sangalle, zwaną też Oasis, jedyną widoczną z góry zieloną plamą suchego pejzażu dna kanionu.

W 1981 pierwszymi osobami, które przepłynęły rzekę Colca byli Polacy! Wyprawa polskich kajakarzy nadała kilka, teraz oficjalnych nazw, częścią Kanionu i zasłużyła sobie wpis do Księgi Rekordów Guinessa.

05.01.2016 Cabanaconde

06.01.2016 z Cabanaconde przez Oasis, Malata do Tapay

Z Cabanaconde wybraliśmy się, po raz kolejny, na 4 dniowy trek, podczas którego przeszliśmy około 50 km. I teraz możemy się pochwalić, od momentu naszego wyjazdu podczas naszych treków pokonaliśmy, pieszo w górę i dół, ponad 300 km w Andach Peruwiańskich. Dzień zaczęliśmy od mocnego zejścia do rzeki Colca i wioski Sangalle. Oasis to mała zielona wioska z tylko kilkoma mieszkańcami zapełniająca się wieczorem przez schodzących z gór turystów. My mieliśmy szczęście znaleźliśmy się w niej w godzinach przedpołudniowych sami, większość turystów idzie w drugą stronę więc dochodzą do wioski popołudniu. Udało nam się skorzystać z przerwy i popływać w małym chwilowo naszym basenie, niestety gdy zejdzie się ponad tysiąc metrów kiedyś trzeba je też podejść, i tak zaczęliśmy podejście do wioski Tapay położonej na wysokości 2 800 m n.p.m.

07.01.2016 Z Tapay przez Malata do Fure

Tapay jak dowiedzieliśmy się od zapoznanych tubylców to główna administracyjnie wioska doliny i od roku posiada „Careterę” (drogę). Większość małych wiosek nie posiada drogi, którą samochody mogły by do nich dojechać, dlatego też dużo jest po części opuszczonych i popada w ruinę. W Tapay dużo domów zostało opuszczonych, ale teraz wraz z drogą wszystko się zmienia. Nowe domy budują się jeden za drugim, sklepy i łatwa mobilność uratowały wioskę przed zapomnieniem. Drugiego dnia ruszyliśmy w dół przez Malatę w stronę Cataraty. Na naszej drodze spotkaliśmy uroczą parę staruszków, obydwoje koło 80-tki podchodzą długą małą ścieżką prowadzącą z ich wioski do drogi, gdzie czekają na autobus. Skorzystaliśmy z ich uprzejmości by sobie trochę poplotkować i nauczyć się techniki obierania owoców kaktusa (Tuna). Zbliżając się do Fure mieliśmy naszą pierwszą górską burzę, na wąskiej ścieżce nie było się gdzie schować więc kontynuowaliśmy, aż do wioski. Fure jest wioską całkowicie opuszczoną, mieszkańcy wracają czasami by zajrzeć do swoich domów i ogrodów ale nikt, może poza starą trochę szaloną babcią, w niej nie mieszka. Wioska nie posiada drogi a jedyny dostęp do niej to mała, osuwająca się, trudna ścieżka. Rok temu Fure nawiedzone było dzień w dzień przez trzęsienia ziemi, które powodowały obsunięcia terenu i spadanie kamieni na małe gliniane domki, rząd Peru zdecydował ewakuować mieszkańców i przenieść ich na nowy teren. Mieszkają oni teraz w położonej koło drogi, dużo niżej, bezpieczniej nowej wiosce zwanej Belen.

08.01.2016 Wodospad, Llatica i Llahuar

Z Fure wystarczy godzina by podejść do Cataraty. Wodospad jest wspaniały, nawet podejście na kilkadziesiąt metrów jest trudne, byliśmy cali mokrzy i odświeżeni na ścieżkę wiodącą do Llahuar. Spotkaliśmy też pana od Tuny, który, jak to często u Peruwiańczyków bywa zatrzymał się by z nami trochę poplotkować i zachwycony naszą techniką obierania owoców kaktusa przejął pałeczkę i wszystkie nam zaserwował:) W Llahuar rozbiliśmy nasz namiot niedaleko rzeki i gorących źródeł (38°C), wioska to głównie jeden „hostel” (bambusowe kabany) i grupka turystów korzystająca z basenów.

 

09.01.2016 Gejzery i podejście do Cabanaconde

Ostatni dzień to 6 godzinne podejście 1 260 metrów w pełnym słońcu. Szybko zapomnieliśmy o gorących kąpielach dnia poprzedniego. Przed najdłuższym podejściem przy moście na rzece Colca zrobiliśmy sobie przerwę przy zapachu siarki i wrzącej wodzie rzeki, moje pierwsze w życiu gejzery.

Za każdym kolejnym wyjściem w góry kolejne wydaje się łatwiejsze i tak Colca Kanion okazał się przynajmniej nie trudniejszy, piękna pogoda, wspaniałe widoki i ubrani w tradycyjne stroje mieszkańcy zapadają w pamięć.

Colca cañon

04>08/01/2016

On a traversé la “pampa” de l’Altiplano (haut plateau andin du sud-Pérou) en bus, contournant les volcans Misti et Chachani… et on a eu droit à de magnifiques paysages, à la fois très neutres et très secs! La route passait en partie par une réserve naturelle, et on a (enfin!) eu l’occasion de voir des troupeaux de lamas en liberté, paissant tranquillement dans la nature! Enfin, quand on dit lamas, on généralise plusieurs espèces que l’on ne maîtrise pas bien… on connaît un peu les alpacas, renommés pour leur laine qui sert à confectionner presque la totalité de l’artisanat textile destiné au touristes… mais on en a vu d’autres avec des silhouettes inconnues, à mi-chemin entre le lama et l’antilope ou la biche… bref, on a été quelque-peu déstabilité par cette variété de quadrupèdes à longs cous qui broutaient peinard à quelques mètres de nous! Par après, on est tombé sur une affiche inventoriant les espèces de la famille des lamas: on y a donc vu plus clair! Ensuite, après ces plaines avec arrière-plans montagneux, la vallée du Rio Colca, qui se transforme en canyon (on trouve cependant le terme un peu usurpé) au fur et à mesure que l’on s’approche de la petite ville (ou gros village) de Cabanaconde.

On a fait un peu le tour de la localité, on est monté sur une petite colline “mirador” pour l’admirer avec un peu de hauteur. On a également plongé nos regards dans la vallée, le “Cañon”, depuis un point de vue, un autre mirador, au détour d’une église à l’architecture contemporaine singulière, étonnament isolée à l’extérieur du village… De là, on a pu voir l’Oasis de Sangalle, cette “lentille” verte située tout au plus profond de cette vallée enserrée entre ces versants vierges de toute végétation. Le lendemain, on passera par là, lors d’une première étape d’un trek de 4 jours (et oui, encore!).

Jour 1: Oasis de Sangalle et Pueblo de Tapay

06/01/2016

On démarre donc dès le petit matin de Cabanaconde, 3.287m d’altitude, cap sur l’oasis de Sangalle, 2.150m. On aura donc une grosse demie-journée de descente sur plus de 1.000m de dénivelé. Avant ça, sur la Plaza des Armas, on croise, encore une fois par hasard, Mathilde, l’étudiante française/réunionnaise qui nous avait accueillis en “couchsurfing” à Lima, qui venait de revenir d’une randonnée dans le canyon! Rebelote, quelques minutes plus tard, on tombe sur un couple de Suisses qui campait à côté de nous quand on était à Huaraz! Ils s’apprêtent à descenre dans le canyon, avec une première journé de marche identique à la nôtre! Ce fut assez courant, durant ces deux et quelques mois au Pérou, de croiser et re-croiser les mêmes voyageurs, qui finalement font un peu tous le tour des lieux attractifs, qui, bien que nombreux dans le pays, canalisent un peu les parcours touristiques de tout un chacun….

Une fois à l’Oasis, qui contraste fortement avec le reste du paysage par sa verdure foisonnante et ses équipements touristiques (restos, piscines, maisonnettes pour hébergement, etc… ), on constate que le lieu est désert, car on est hors des heures de grande affluence (on est juste avant midi, alors que la majorité des touristes, qui font généralement des parcours courts, passent le nuit sur place et sont donc présents soir et matin). On en profite donc pour faire un petit “plouf” pour trois fois rien dans une piscine au milieu d’un décor relativement paradisiaque.

Ensuite, on remonte, on traverse quelques villages pour finalement aboutir à Tapay, 2.650m, petit village assez sympa et pittoresque, qui revit un peu ces derniers temps grâceà la construction d’un nouveau tronçon routier qui le connecte enfin au reste de la vallée par moyen de transport motorisé. On plante la tente dans le jardin d’un petit Hospedaje où loge… le couple de Suisses sur qui on vient de retomber par hasard, et avec qui on passe finalement la soirée à papoter!

Jour 2: de Tapay à Fure

07/01/2016

Petit déjeuner dans un autre hostal chez une dame bien sympa, qui fait sécher sa viande sur une corde à linge! Les proprios de celui où on a logé ne l’étant pas vraiment (sympas), on est donc allé chez elle que nous avions rencontrée la veille, mais qui n’avait malheureusement pas de petit coin de pelouse pour notre tente dans son petit établissement si charmant et cosy. Elle nous signale que le village de Fure, où on compte passer la nuit, a été déserté par ses habitants. On pourra y planter la tente mais on n’y croisera à priori pas âme qui vive!

On reprend la route carrossable, plus ou moins plate, sur une bonne partie du trajet. On y croise un couple Franco-Brésilien avec qui on avais sympathisé l’avant-veille, qui fait le parcours dans l’autre sens. Ils nous indiquent le changement de direction à prendre pour se rendre à Fure. On quitte donc la route pour prendre un petit chemin qui nous emmène dns une autre vallée, au bout de laquelle se trouve une chute d’eau que nous comptons voir le lendemain. Le sentier devient de plus en plus étroit et escarpé, alors que nous entendons des grondements de tonnerre s’approcher de nous. C’est lorsque nous sommes dans les secteurs les plus “corsés” que la pluie, somme-toute raisonnable, nous tombe dessus, et que la foudre s’abat au plus proche (heureusement, assez loin tout de même). On est pas tout à fait à l’aise, mais on passe finalement quelques passages plus techniques avec plus de peur que de réelles difficultés. Les pierres sont glissantes, le vide est proche, et on entend le bruit de quelques pierres qui dévallent la pente juste là où on doit passer…

Une fois à Fure, 2.900m, on tombe sur deux frères français qui ont déjà planté leur tente, une fois la pluie passée, et on passe la soirée en leur sympathique compagnie. On croise quand-même 2-3 “habitants” et on apprend que les autorités ont du faire évacuer le village pour des raisons de sécurité, la roche menaçant de s’effondrer sur celui-ci suite à une série de tremblements de terre quotidiens survenus durant un mois l’année précédente… On comprend un peu mieux pourquoi on a eu ce pressentiment de “frayeur” pour arriver là pendane l’orage!!! Les anciens habitants ont été relogés dans un autre (nouveau?) village, plus bas, desservi par la route (Fure ne l’étant pas!) et aux terres plus richement cultivables.

Jour 3: Catarata de Huaruro et Aguas Termales de Llahuar

08/01/2016

Pour aller voir la cascade de Huararo en fond de vallée, en compagnie des Français, étant donné qu’on devra revenir sur nos pas via Fure, on s’offre le luxe de planquer nos sacs à dos dans des buissons et de marcher quelques heures le dos libre! Une fois sur les lieux, on admire cette impressionnante chute d’eau, que j’évalue à 50-60m de hauteur. Gouttelettes vaporeuses et arc en ciel à ses pieds, puissant grondement sonore, pans rocheux vertigineux et ciel bleu dépourvu de nuages, le spectacle est impressionnant. De retour à Fure, on salue les Français qui font la route dans l’autre sens, et on met le cap sur Llahuar, où nous attendent des bains d’eaux thermales à 39° que l’on s’impatiente de rejoindre.

En chemin, on cueille, “désépine” et mange quelques tunnas, fruit de ces nombreux cactus qui occupent en masse le paysage. Quelques habitants nous ont expliqué comment gérer le caractère “épineu” de ces fruits tant convoités. Ensuite, on se voit contraint d’affronter le passage technique le plus difficile du trek: la traversée, bien que courte (+/- 1m50) d’un pierrier “mouvant”! On entend et voit des pierres tomber d’en haut, on en voit tomber en bas, et on doit marcher sur ce petit bout de sentier de fines pierrailles qui descend avec nos pieds dès qu’on s’appuie dessus… Concentration, observation, réflexion et frayeur; après quelques minutes statiques, je me lance avec succès sur des appuis sûrs de l’autre côté de l’obstacle. Quelques secondes plus tard, Agata le franchit également sans trop de difficultés… mais on a réellement eu la frousse, compte-tenu, entre-autres, de la profondeur du vide, de quelques centaines de mètres, en contrebas du sentier en question!

Après ça, les derniers quelques km qui nous mènent à Llahuar ne sont plus que simple formalité. On plante la tente dans le propriété du Lodge qui détient les sources chaudes dans lesquelles on s’empresse d’aller se relaxer après ces 3 jours de marche et cette dernière journée de fortes chaleurs! On passe de l’eau chaude à l’eau froide de la rivière, on papote avec les autres touristes, d’un peu tous les pays (Pérou, Texas, Espagne, Argentine, Pays-Bas, Québec, etc…), le tout dans un décor sublime et relaxant, malgré les moustiques, qui se retrouvent en nombre à cette (plus) basse altitude (2.000m)!

Jour 4: ascension vers Cabanaconde

09/01/2016

On attaque le dernière journée de marche par un léger dénivelé et le traversée du Rio Colca. Au bord de celui-ci, on peut voir, à cet endroit, quelques geysers! Assez inédit pour nous, on se rend au plus proche: fumée, odeur de souffre, eau en ébulition entre les pierres… et température étouffante malgré l’ombre et l’heure matinale. Il ne s’agit pas de geysers “jaillissants”, mais ce n’en est pas moins un spectacle curieux et étonnant.

Il ne nous reste donc plus qu’à remonter près de 1.290m jusque Cabanoconde, d’une traite et en plein soleil. Même si le dénivelé est conséquent, la réalité du chemin est moins ardue que ce qu’on a déjà fait, lors du trek de Choquequirao notamment. Ceci dit, la montée est longue et nous prend 6 bonnes heures en tout. En chemin, on a encore la chance d’apercevoir trois condors. D’abord un couple, qui se pose sur une falaise pour consommer un animal de petite taille non-identifié, que l’on a la chance de voir re-décoller en se lancant dans le vide depuis cette paroi verticale. Ensuite, un dernier spécimen isolé et beaucoup plus lointain.

Fin de journée, on finit par arriver à Cabanaconde, assez fatigués: la montée nous a presque fait oublier qu’on s’était si bien relaxé la veille…

Retour à Arequipa

09/01/2016

Le lendemain, retour de bonne heure à Arequipa: en route, les plaines de l’Altiplano sont toujours aussi magnifiques, et on passe encore une bonne journée dans cette ville où on tombe encore sur quelques perles avant de mettre le cap sur la Bolivie, comme cette cour/cloitre aux très belles colonnes sculptées!

Arequipa, białe miasto

Arequipa, la ciudad blanca

27.12.2015 – 04.01.2016

Naszym kolejnym domem na najbliższe dni stała się gorąca Areaquipa, zwana także „la ciudad blanca”, nazwę tę zawdzięcza budynkom z białego kamienia wulkanicznego. Miasto znane jest ze słonecznej pogody i wspaniałej gastronomi. Otoczone przez kilka wulkanów, z którego jeden dymi, i dominującego nad pozostałymi wspaniałego „Misti” 6 075 m n.p.m. Pejzaż w koło miasta jest mocno pustynny, każdego dnia świeci słońce, a temperatura wieczorami dość mocno spada. Arequipa została wpisana w 2000 roku na listę UNESCO, niestety trzęsienie ziemi w 2001 roku zniszczyło część budynków. Stare centrum miasta zaskakuje za każdym zakrętem. Nazwa miasta pochodzi o słów w języku Aymara „Ari qipa”, które tłumaczone są jako „za szczytem”. Arequipa leży na wysokości 2 328 m n.p.m i jest jednym z najmocniej rozwiniętych ekonomicznie i przemysłowo miast Peru. My osiedliliśmy się 10 min autobusem od centrum przy Ferria los Inkas, przez okno widzimy właśnie Ferrie (chaotyczny, gigantyczny bazar wszystkiego).

Przygotowania do sylwestra widać na każdym kroku żółte majtki dla kobiet mężczyzn i dzieci, które zapewnić mają szczęście na następny rok, żółte naszyjniki z kwiatów, pliki sztucznych pieniędzy które dają dobrobyt stragany ubrane w żółć dominują chodniki. Na sylwestra wybraliśmy się na stary rynek, ku naszemu zaskoczeniu Peruwiańczycy nie obchodzą sylwestra na zabawach, w barach czy koncertach atmosfera okazała się bardzo spokojna. Ludzie spacerują, słuchają komików, którzy przemawiają na chodnikach, no i oczywiście jedzą. Nie ma zorganizowanej przez miasto zabawy, a każdy przechodzący Peruwiańczyk zdaje się zaopatrzony w ogromną ilość sztucznych ogni. Jak się okazało w okolicach 24 Peruwiańczycy naprawdę są hmm… brudni i niezorganizowani, często spotkać można analfabetów lub osoby nie potrafiące dodawać i odejmować najprostszych liczb (w Peru brakuje ogólnie dostęonej edukacji na dobrym poziomie), ale to przy puszczaniu sztucznych ogni okazali się najmniej odpowiedzialni. Każdy puszcza sztuczne ognie gdzie chce, często wtykając je w ziemię z której nie startują tylko wybuchają w tłumie, z ręki lub chodnika skąd spadają na przechodniów, domy i drzewa. Obserwowaliśmy ten chaos lekko schowani pod arkadami, dla bezpieczeństwa, wracając taksówką mijaliśmy ogromną liczbę małych pożarów.

Naszą ostatnią przygodą przed wyjazdem do Kanionu Colka było wyjście do kina na dubbingowany po hiszpańsku Star Wars 3d. Byliśmy jedynymi gringo i jedynymi osobami nie jedzącymi kilogramów popcornu i pijącymi litrów coli. Latynosi lubią komentować i przeżywać każą scenę, postanowiliśmy powtórzyć wyjście do kina w następnym kraju:)

Arequipa, la ciudad blanca

27/12/2015>04/01/2106

Un duo de frères français, croisés lors du trek de Choquequirao, nous avait fortement recommandé d’aller passer quelques jours au Cañon de Colca, dans le sud du Pérou. On les a donc écoutés d’une oreille attentive et décidé de se plier à leur force de persuasion en nousy rendant! Passage inévitable, itinéraire de bus oblige, par Arequipa, la seconde ville du pays (+/- 1.000.000 hab), située à une altitude de 2335m,  à la fois proche de l’océan Pacifique, et des frontières du Chili et de la Bolivie!

Cette ville a de particulier qu’elle se situe au pied de plusieurs volcans, dont l’impressionnant “El Misti”, qui culmine à 5.825m d’altitude, et impose sa stature si caractéristique et symétrique aux paysages environnants! Par ailleurs, la plupart des bâtiments du vieux centre, d’architecture de type coloniale, sont érigés en pierre volcanique blanchâtre, ce qui confère à Arequipa le surnom de “Ciudad Blanca”. Ce centre ville ancien si blanc, mais aussi très architecturé, composé, équilibré, en impose par son caractère et sa finesse… il est par ailleurs classé au patrimoine mondial par l’UNESCO!

Alors qu’on ne s’y attendait pas à ce point, on a véritablement été impressionné par Arequipa, qui n’a rien à envier à Cusco en terme de charme et esthétique, mais qui dispose d’un sacré plus en son atmosphère si tranquille et agréable, et son soleil perçant qui innonde ses façades blanches d’ombres et de lumières tranchantes! Bref, nous avons été conquis par cette ville où abondent les traces des conquistadores espagnols: vieilles églises, vieilles bâtisses, éléments sculptés… on sent un caractère de type très européen, qui tranche assez fort avec les autres villes péruviennes que nous avons parcourues. On pourrait se croire assez facilement quelque-part en Espagne ou au Portugal!

A Arequipa, nous avons passé plusieurs jours tranquilles et reposants, de manière un peu forcée puisqu’Agata a été malade au moment de quitter Cusco. On a donc pris le temps, avant de se rendre au Cañon de Colca,de parcourir la ville à notre aise, flâners, peindre, dessiner, faire des choses plus ordinaires comme aller chez le coiffeur (faut bien se poser la question à un moment donné sur ce genre de sujets pratico-pratiques lorsqu’on voyage au long cours!), et même passer une soirée au cinéma où on a vu le nouveau STAR WARS épisode VII en 3D… et en Espagnol! …Muy bonita esta pelicula! 😉

On a même passé le nouvel an là, sur une place d’Armes fortement fréquentée (mais pas pour autant noire de monde…) et éclairée de mille feux d’artifices, non-pas harmonieusement orchestrés par les autorités, mais sauvagement lancés par tout un chacun, les locaux faisant preuve d’une inconscience plus dangereuse que maladroite, engendrant des situations où les fusées ne décollent pas vers les cieux, mais tapent dans les arbres, ou pire, restent au sol où elles éclatent et exhibent leurs couleurs enflammées à même la foule, qui n’a pour ultime solution que de prendre ses jambes à son cou afin d’éviter la catastrophe… Bref, on est resté bien sagement planqué sous les arcades qui bordent la place….

 

Détails….

On a donc pris le temps de regarder, observer, et donc photographier pas mal de choses qui attirent le regard. Arequipa possède nombre d’édifices soignés où le souci du détail laisse apparaitre pas mal de choses intéressantes, parfois dans des domaines récurrents tels que: éléments sculptés, ferronneries, enseignes typographiques, etc… Par ailleurs, les murs de pierre blanche, et de formes à la fois simples et évidentes, complétés par leur modénature de matériau souvent identique, offrent des jeu d’ombres et de lumière extrèmement contrastés, que seule la lumière d’un soleil si haut et si éclatant peut dessiner. Bref, à chaque coin de rue, l’émotion, l’émerveillement!

 

¡Curiosités architecturales!

Autre sujet, un peu plus ciblé: l’architecture plus récente. Pas mal d’édifices, dans cette ville, ont attiré mon regard aiguisé. Rarement de manière spectaculaire, mais toujours avec un intérêt et une qualité certaine. Encore une fois, le souci du détail, de l’équilibre, de la justesse. Comme si les concepteurs d’aujourd’hui adoptaient les mêmes valeurs et principes que leurs prédécesseurs, les bâtisseurs originels de la Ciudad Blanca. Les matériaux de pierre blanche sont souvent repris, mais semblent cependant différents: pierre plus blanche et plus ‘crayeuse’. Bref, il s’agit d’un centre ville qui se tient, extrêmement composé, et constitué lui-même d’une addition d’éléments soigneusement composés.

A côté de celà, quelques “curiosités”, comme cet atrium d’hôpital à la silhouette “Guggenheimisante”, cette galerie commerciale urbaine type années ’80 à la morphologie un peu psychédélique, cette façade d’immeuble avec des about de poutres visibles au niveau des bandeaux de fenêtres, ce terminal de bus, avec cette toiture en béton coffré sous forme de paraboloïdes hyperboliques, qui me rappelle la toiture du Bar Archi de Saint-Luc! 😉

 

Cusco

Cusco

Powrót z Machu Picchu do Abancay gdzie zostawiliśmy większość naszych rzeczy, trwał około 10 godzin. Między dwoma autobusami zrobiliśmy sobie przerwę w Cusco, najbardziej znane turystom miasto w Peru. Nie jesteśmy obcy przedmieściom miast Peruwiańskich, mieliśmy okazje je poznać już kilkakrotnie i zawsze były jakieś, nie ładne, nie bezpiecznie ale znośnie. Przedmieścia Cusco to zupełnie coś innego, kilka osób mówiło nam, że region Cusco należy do najbiedniejszych, że panuje duże bezrobocie i trzeba uważać na napady, ale nic nas nie przygotowało na biedę, brud i smród przedmieść najbardziej turystycznego z miast Peru.

Peru podzielone jest na prowincje, każda prowincja ma swoje władze i podzielona jest na regiony. W większości prowincji turyści wybierający się na wycieczkę kilku dniową idą pieszo z przewodnikiem, a jedzenie i namioty dowożone są na osłach. Dwie lub trzy osoby składają rano namioty i przygotowują posiłek, następnie ładują wszystko na osły i wyruszają za turystami w szlak, zazwyczaj grupa osłów wyprzedza grupę turystów w połowie dnia by wszystko przygotować na kolację, zabójcze tempo dla zwierząt i pracowników. W regionie Cusco w związku z dużym bezrobociem władze zabraniają używania osłów, co za tym idzie, (na przykładzie zapoznanej grupy) trzech turystów ze szwajcarii z przewodnikiem towarzyszonych było przez 7 tragarzy! Tragarz to mała męska osóbka pochodząca z regionu Cusco, ale nie Cusco samego, mówiąca zazwyczaj tylko w języku Quechua, która nosi w nieprzystosowanych plecakach jakieś ponad 25 kg sprzętu. Tych których widzieliśmy w innych grupach, po dotarciu na miejsce kempingu przed turystami (turyści nic nie niosą, tragarze wyprzedzają turystów na szlaku!), byli wyczerpani, mokrzy, padający pod ciężarem plecaka w którym niosą wszystko by turysta był zadowolony.

Cusco więc to miasto kontrastów. Niesamowita bieda, sąsiaduje z bogactwem turystów z całego świata. Po poznaniu przedmieść czas na zapoznanie się z centrum. Centrum historyczne Cusco jest piękne. Położone na wysokości 3 326 m n.p.m miasto założone zostało przez pierwszego władcę Inków w XII wieku zdobyte w XVI wieku przez Hiszpanów, a po powstaniu Manco Inki 3 lata później doszczętnie spalone. Na ruinach Hiszpanie zbudowali nowe, kolonialne Cusco, regularnie nawiedzane przez trzęsienia ziemi nadal zachwyca swoją architekturą.

24.12.2015

Wigilia w Cusco

Wigilia w Cusco jest… inna. Matthieu i ja nie czuliśmy ducha świąt w środku lata, ale po wyjściu z katedry po raz pierwszy w czasie naszej podróży usłyszałam język polski. Grupa Polaków, z Poznania co więcej, która korzystając ze świąt zwiedza Peru. Postanowiliśmy razem spędzić „Wigilię”, piwo w barze i posiłek w „chifie” (Chińska knajpa po Peruwiańsku). Wieczór minął szybko, i przyjemnie, poniżej kilka zdjęć:)

25.12.2015

Święta Bożego Narodzenia po Peruwiańsku

Salkantay trek i Machu Picchu

mapamolle

16.12.2015

Salkantay trek z Mollepata do Sorayapampa

Salkantay jest to jeden z najbardziej znanych treków Peru, i też pierwszy jaki postanowiliśmy przejść będąc jeszcze w Belgii. Trek to 4 dni marszu w którym pokonaliśmy ponad 60 km i jeden dzień zwiedzania Machu Pichu. Mamy teraz w nogach ponad 120 kilometrów pokonanych w szlakach wielodniowych w Andach peruwiańskich, z czego jesteśmy całkiem dumni.

Ruszyliśmy z Abancay wczesnym rankiem, by po trzech godzinach autobusu znaleźliśmy się na rozdrożu, resztę trasy do Mollepaty pokonaliśmy taksówką. Na rozdrożu spotkaliśmy Linusa, szwajcara który towarzyszył nam również w treku do Choquequirao. Niestety przystojny, umięśniony szwajcarski prawnik, postanowił zaprosić na trek nowo poznaną, blond (z koloru włosów i charakteru) Niemke. Jak się szybko okazało blondynka nie przyzwyczajona do wysiłku, a tym bardziej na wysokości, szybko oddała plecak napotkanym Norwegom. Różnice w tempie i fasonu podróży sprawiły, że ja i Matthieu kontynuowaliśmy nasz trek sami, Niemka postanowiła zmienić środek transportu z nóg na samochód, a Linus kontynuował z jednym dniem opóźnienia z parą napotkanych Norwegów. Do Sorayapampy dotarliśmy w miarę późno, po raz pierwszy na szlaku widzieliśmy taką ilość kempingów i jeden luksusowy hotel. Salkantay jest bardzo turystyczny, dużo turystów pokonuje go w całości na koniach lub osłach. Mieliśmy szczęście, grudzień to pora deszczowa, a w związku z tym mała ilość gringo decyduje się na wycieczki kilkudniowe. Przez pierwsze dwa dni spotkaliśmy kilka grup, które szybko zmieniły kierunek w stronę doliny Inków zostawiając nam przepiękne widoki i pusty szlak.

17.12.2015

do Chaullay

Drugi dzień treku to punkt kulminacyjny, Paso Salkantay, najwyższy punkt szlaku 4 600 m n.p.m. Pokonanie El Paso okazało się dużo łatwiejsze od Santa Cruz i Choquequirao. Droga jest prosta, nigdy nie ma potrzeby wspinać się zbyt mocno, klimat ułatwia marsz, a że mieliśmy szczęście prawie nie padało całe 5 dni. Do Chaullay dotarliśmy około 16, i znowu ilość kempingów przygotowanych dla turystów zrobiła na nas wrażenie.

18.12.2015

do Lucmabamba

Po przejściu przez El Paso góry i ich fauna i flora zmieniają się z wysokogórskich gołych zboczy do coraz bardziej przypominających dżunglę. W drodze do Lucmabamby szliśmy małą mocno porośniętą niesamowitą roślinnością ścieżką. Szlak wiedzie przez niezliczone rzeki, kaskady i wodospady, niektóre przejścia posiadają mostek, lub co z niego zostało, a inne nie. Mocno wzburzone mocnymi opadami okresu deszczowego rzeki górskie często powodują obsunięcia ziemi , które zamieniają w nicość szlaki, drogi a czasem również i wioski. Tutejsi ludzie ostrzegają nas często by w górach nasłuchiwać odgłosów spadających kamieni. Nasz szlak był w dobrym stanie, a w połowie dnia spotkaliśmy Sam, wspaniałą, prześliczną, sympatyczną suczkę, która towarzyszyła nam przez resztę dnia nie opuszczając nas nawet na krok. Na początku myśleliśmy, iż jest to pies kogoś żyjącego w górach, jednak nikt z napotkanych tubylców jej nie znał. Gdy robiliśmy przerwę ona z nami, gdy do pokonania był mostek lub rzeka ona mimo że z trudnościami szła za nami. Zatrzymaliśmy się w małym rodzinnym kempingu w Lucmabambie, byliśmy jedynymi turystami w całym miasteczku. Sam spała przy naszym namiocie, a gdy ja lub Matthieu wychodziliśmy obserwowała nas. Przy wspólnym śniadaniu Sam zasnęła, a my bez możliwości adopcji psa bez paszportu postanowiliśmy zostawić ją licząc, iż sympatyczna rodzina gospodarzy adoptuje tak niezwykłego pieska.

19.12.2015

do Aguas Celientes

Ostatni dzień marszu to solidne podejście do Llactapaty. Od Lucmabamby ścieżka jest wąska, stroma, a roślinność zupełnie zmieniła się w dżunglę. Widok z niewielkich ruin na szczycie góry to nasz pierwszy rzut oka na Machu Pichu, które znajduje się na szczycie góry po drugiej strony doliny nieco poniżej nas. Po zejściu do Hidro-Elektriki przez kolejne 2 i pół godziny szliśmy wzdłuż torów jednej z najwyżej położonej na świecie kolei. Nie jest to kolej tylko wysoko położona, cena dla obywateli nie Peruwiańskich jest ponad 30 razy wyższa, co powoduje,iż każdego dnia setki turystów idą środkiem torów przez dziesięć kilometrów mijając most i dwa nieoświetlone tunele. No cóż Machu Pichu to mekka dla wszystkich turystów odwiedzających Peru. Aguas Calientes jest zwane także miastem Machu Pichu, jest to mała wioska do której nie prowadzi żadna droga (samochodowa), i która w całości żyje z turystów. My zatrzymaliśmy się na jedynym kempingu miasteczka na dwie noce.

20.12.2015

Machu Pichu

Najlepiej zachowane miasto Inków, które zbudowane było w drugiej połowie XV w. polożone na wysokości 2 400 m n.p.m na przełęczy pomiędzy górami Huayna Picchu i Machu Picchu. Było to jedne z głównych centrów kultu, gospodarcze jak i obronne Inków. Podczas panowania hiszpańskiego w Peru kolonizatorzy zrobili wszystko by zniszczyć pamięć o sławnym mieście, a co za tym idzie, także dumę narodową i kulturę peruwiańską. Oryginalnie miasto nazywało się Patallaqta, co w języku Quechua znaczy „miasto schodów” i zamieszkałe było przez ludność Quechua, „Inka” to tylko nazwa dynastii królów państwa Inkaskiego. Do dziś większość ludności Peruwiańskiej pochodzi od Indian Quechua i dalej posługuje się ich językiem, dużo napotkanych w Peru osób jest od dziecka dwujęzyczna. Miasto twierdza zbudowane jest z białego granitu w trzech stylach architektonicznych: klasycznym, cyklopowym, oraz sakralnym. Wszystkie budowle sakralne jak i pałac królów wykonane są z niezwykłą dokładnością, byli to prawdziwi mistrzowie obróbki kamienia, reszta budowli zbudowana jest w stylu klasycznym. System irygacyjny działa doskonale do dziś, to dzięki niemu setki lat temu cała ludność miasta mogła się wyżywić z uprawy tarasów rolnych. Jednym z przypuszczeń dlaczego Machu Picchu zostało opuszczone jest właśnie wyczerpanie zapasów wody. Archeolodzy znaleźli w mieście liczne szkielety ludzkie, oraz naczynia i szczątki zwierząt które często grzebane były w ofierze wraz ze zmarłymi. Miasto usytuowane jest w stosunku do słońca, i to właśnie bogowi słońca Inti ofiarowana była większość świątyń (świątynia słońca, kamień astrologiczny zwany także zegarem słonecznym, oraz Puerta del sol). Machu Picchu robi niezwykłe wrażenie, jego zwiedzanie zajęło nam jakieś 6 godzin. Niestety ostatnią godzinę zwiedzania padało a nasze przemoczone buty przez kolejne kilka dni nie chciały wyschnąć.

*Idąc przez dżunglę nigdy się nie schnie. Jest albo za gorącą i człowiek poci się niemiłosiernie albo pada, powietrze cały czas jest tak wilgotne, iż ubrania nigdy nie schną.

trek Choquequirao

trek Choquequirao

08.12.2015

Trek Choquequirao start z Cachora

Wioska Cachora położona jest jakąś godzinę drogi na północ od Abancay. To z niej zaczyna się trek Choquequirao. Wioska jest bardzo malownicza a ludzie niesamowicie przyjaźni. Podchodzą pytają się gdzie idziemy, skąd jesteśmy, są bardzo ciekawi Europy i aktualności. Przed Cachorą czekając na zapoznanego Szwajcara zwiedziliśmy również Saywite, malutkie ruiny Inkaskie z których najbardziej znany jest kamień Saywite. Przed południem słońce jest już wysoko, a temperatura daje się we znaki ale to właśnie w tedy zaczęliśmy nasz marsz w kierunku rzeki i Chiquiscca (camping położony godzinę przed mostem). Pierwszy dzień nie był ciężki, jedyne do czego trzeba się przyzwyczaić to waga plecaka. Do kempingu doszliśmy tuż przed zmrokiem, kilka namiotów podróżników z całego świata i jedna grupa Peruwiańska, niestety jak się później okazało która  nie lubi spać przed wysiłkiem fizycznym, całą noc pili rum i robili wszystko by nikomu nie udało się dobrze zasnąć. Peruwiańczycy są hałaśliwi, mówią dużo i głośno, nie rozstają się z peruwiańską muzyką w stylu wiejskiego disco polo, a w każdym mieście królują klaksony taksówek.

09.12.2015

 Z campingu Chiquiscca do wioski Marampata

Wioska Marampata położona jest jakieś 1500 m wyżej od rzeki. Pierwszego dnia więc weszliśmy i zeszliśmy jakieś 1000 m po to by następnego dnia zejść jeszcze trochę i zacząć najtrudniejsze podejście jakie pokonaliśmy w naszym życiu. W górę 1500 m, w słońcu i upale z plecakami ważącymi jakieś 14 kg. Na naszej drodze spotkaliśmy dwóch francuzów, którzy tak jak i my za każdym nowym zakrętem odsłaniającym wzniesienie nie szczędzili w “putain, encore”. Nigdy nie byłam tak zmęczona. Zakręt za zakrętem był coraz trudniejszy, jedynie Linus zdawał się nie przejmować upałem i ciężkim podejściem. Po dotarciu do kempingu spotkaliśmy rodzinę czterech  Kanadyjczyków, podróżujących “de lux”, osły, jedzenie jak w restauracji, namioty rozłożone zanim turyści dojdą do kempingu. Jest to swego rodzaju gra, mieszkańcy miasteczka pozwalają osiedlić się w nim tylko członkom ich rodziny, znajdują się blisko złotej żyły, zwanej drugim Machu Pichu, Choquequirao, która zapewnia im bardzo bogate życie. Wszyscy w wiosce skaczą by tylko rodzina która płaci 3 tys dolarów za pięć dni spaceru była zadowolona. Reszta osób w kempingu, my i bracia Francuzi, nigdy w Peru nie spotkaliśmy się z ludźmi tak zimnymi i trudnymi w komunikacji jak  właśnie w Marampie. Zdaje się, że rodzina z małej wioski górskiej położonej minimum dwa dni marszu od najbliższej drogi i cywilizacji dobrze zapoznała się z zimnym kapitalizmem przywiezionym z Cusco przez jednego z synów. Syn, przewodnik turystyczny znający angielski poznał tajniki “zadowolenia” gringo, który płaci.

10.12.2015

Camping w Marampata i zwiedzanie ruin Choquequirao

Jedyny dzień w którym słońce nam nie dokuczyło i jedyny w którym by się naprawdę przydało:) Widoki na ruiny robią wrażenie a wielkość miasta Inkaskiego jest do dzisiaj nie do końca znana ze względu na duże połacie lasu jeszcze nie przeszukane pełne ruin, które jeszcze nie zostały odkryte. Stare mury można spotkać wszędzie. Mocno rozwinięty system irygacyjny, domy, spichlerze, świątynie i miejsca do składania ofiar królują nad górą Choquequirao. Droga jest trudna, miejsce mało dostępne ale jest po co wchodzić.

11.12.2015

powrót do Chiquiscca

Droga powrotna jaką zaplanowaliśmy okazała się niedostępna ze względu na obsunięcia terenu, które blokują ścieżkę w kierunku Huanipaca, więc pozostał nam powrót tą samą drogą, którą przyszliśmy. Zejście ze stromego zbocza góry okazało się dużo szybsze i łatwiejsze jak podejście. Z łatwością dostaliśmy się do naszego pierwszego kempingu na treku. Niestety nasz znajomy z podróży, Szwajcar, dostał prawdopodobnie lekkiego udaru słonecznego co utrudniło powrót.

12.12.2015

Powrót do Cachory i Abancay

Ostatni kawałek drogi to dość mocne podejście, które mocno męczy łydki, jeszcze trzy dni po treku nasze mięśnie pamiętają wysiłek:) Cachora jak zwykle malownicza, a ludzie bardzo życzliwi. Bez problemu znaleźliśmy combi, które dowiozło nasz pod drzwi naszego hostelu w Abancay.

Teraz przygotowani jesteśmy na kolejne wyzwanie, jutro o świcie początek Salkantay treku.